Odkąd pamiętam zawsze lubiłam się stroić i przebierać. Ta słabość do ciuchów pozostała mi do dzisiaj i mimo życia w większej prostocie, nadal lubię czuć się dobrze ubrana. Dobrze, to znaczy w sposób, który mnie wyraża. Ujednoliciłam garderobę, a szykowanie się do wyjścia poszło w niepamięć (zapomniałam już jak to jest, kiedy się przebierasz przed lustrem, bo coś do siebie nie pasuje, albo nie czujesz się w tym do końca sobą). Życie w takim trybie jest super wygodne i bezproblemowe. No, chyba że lubisz się stylizować i zmieniać. A taka była mini Ania. Jaka więc opcja jest mi bliższa? Miałam okazję przekonać się w ostatnim czasie! Ale od początku :).

Mini Ania się stylizuje

Kiedy byłam w podstawówce, chodziłyśmy z mamą do lumpeksów. Pamiętam, że pierwsze second handy pojawiły się w okolicy, kiedy miałam niespełna 10 lat i wtedy już towarzyszyłam mamie w poszukiwaniach co ciekawszych kąsków. Wtedy głównie z powodów ekonomicznych (ale też jako forma spędzania wolnego czasu: na polowaniu i przebieraniu się w odjechane ciuchy), obecnie głównie ze względu na ekologię oraz chęć znalezienia czegoś oryginalnego. Przeżyłam czasy ubierania przerobionych po starszych braciach bodziaków (np. obszytych koronką), z czasem pojawiły się ciuchy po starszej kuzynce lub coś z oklepanych linii dostępnych rzutem w sklepie w czasach PRL-u. Aż do odkrycia niezwykłego potencjału w lumpeksach – sklepach ze wszystkim i dla każdego (nawet takiej filigranowej drobnicy jaką ja byłam – w sklepach dostać coś na mnie graniczyło z cudem!). Dosłownie. Ach, jakież to można było perełki zdobyć w sklepach z ubraniami z drugiej ręki. Zresztą… do dziś można. Przekonałam się o tym niedawno, wybierając się do dwóch wiejskich lumpeksów. A potem do poznańskiej PoDzielni.

Kiedy po zawirowaniach rodzinnych, zjechaliśmy na dobre do miasta, miałam czas, by ogarnąć garderobę. Wszystko co „nowe” wyprałam, a ubrania, które były już kiepskiej jakości lub zostały wymienione na bardziej pasujące mi wersje z second handów i PoDzielni, odłożyłam na sprzedaż i wydanie.

Odświeżenie garderoby – standardowe klucze:

  1. Jak obecnie wygląda mój rytm dnia?
  2. Jakie aktywności podejmuję i jakich do tego potrzebuję ciuchów?
  3. W jakich kolorach czuję się i wyglądam dobrze? (tak, to moment kiedy zaczynam odchodzić od czerni…)
  4. Które ubrania lubię/ podobają mi się, ale w nich rzadko chodzę? Dlaczego? Jeśli są niepraktyczne, znajduję zamienniki i uwalniam.

Ale czemu w ogóle chciałam coś nowego??

Po pierwsze od dłuższego czasu nie miałam dobrze leżących, miękkich dżinsów. Sąsiadka częstowała mnie kilkoma parami spodni, ale w żadnych nie wyglądałam lub nie czułam się najlepiej. Wiedząc jak nieekologiczna jest produkcja dżinsu, stwierdziłam, że póki co nie są mi one niezbędne, więc jeszcze zaczekam z nowym nabytkiem. Wiedziałam też, że Closh Store będzie wprowadzało w nowym sezonie dżinsy z certyfikatem GOTS, więc stwierdziłam, że może w końcu zamówię coś z tego sklepu. Zanim to jednak zrobiłam, wybrałam się „na lumpy”… Lumpeksy na wsi zaskoczyły mnie asortymentem – znalazłam na siebie zarówno niebieskie, jak i czarne dżinsy! Jej :D. Bardziej eko niż z drugiej ręki się już chyba nie da (no bo spodnie zostały już wyprodukowane, a dając im drugie życie możemy uczciwie powiedzieć, że zakup jest w zgodzie z naturą).

W międzyczasie zrobiłam kurs (a nawet dwa) u Osy – osobistej stylistki. Zajarałam się jej podejściem do kolorów i do kobiecych ciał – oczywiście! Bo i ja uważam, że skupienie się na atutach ma największą moc! To chciałabym przekazać w każdej pracy z klientką/em, aby doceniać siebie i swoje ciało. Organizacja garderoby to przede wszystkim analiza tego co chcesz przy sobie zostawić (i dlaczego!), skupienie się na tych aspektach, które są dla Ciebie ważne (np. wygoda/sensualność/ klasa/ itd..) i stworzenie szafy, która Ciebie wspiera.

Ja przywykłam bardzo do oczywistych i sprawdzonych stylówek, pomimo że lubię ubrania oryginalne i nietuzinkowe. Życie w większej prostocie mnie w tym aspekcie ciutek rozleniwiło i kiedy zafundowałam sobie ostatnio więcej kolorów… było mi dziwnie :D. Ale też fajnie, jakbym odkrywała siebie na nowo. A czas z większą ilością opcji garderobianych okazał się fajnym czasem samej ze sobą, trochę dopieszczenia i pobycia ze swoją kobiecością (zarówno tworzenie stylówek „na miasto” jak i „do domu” – daje pozytywnego kopa w pochmurny i ponury dzień). Po dzisiejszą inspirację stylizacji na #HomeOffice zapraszam na Stories Prostego! Aha, wiesz co? Ja naprawdę, tak jak wspomniana wcześniej OSA, lubię robić cyklicznie przegląd swojej szafy i sprawdzać czy nadal wszystko lubię i rzeczy pasują do mojego obecnego życia. Jak mam przestrzeń do tego to ogarniam garderobę, a to porządkuje również głowę. I czuję się lżejsza!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *