Miało być o lumpeksowych stylizacjach. Chciałam udowodnić, że kupując w second handach nie tylko możecie zdobyć brakujące elementy garderoby, ale też stworzyć ciekawe i nietuzinkowe zestawy, które posłużą Ci przez kolejne sezony. Wiecie, chcę pokazywać, że również z drugiej ręki da się, że nie musi być nowe ze sklepu, albo nie wiadomo za jakie pieniądze. Coś mi jednak nie pasowało z tym wpisem i zanim się do tego zabrałam, postanowiłam zwęszyć, co w szafie piszczy…

Analizy i decyzje zakupowe

Zacznę od tego, że ciężko mi zdobyć się na kupno nowych ubrań. Noszę się z zamiarem przez wiele tygodni, czasem nawet miesięcy lub lat. Odwlekam to w czasie, jakby od jednej decyzji zależało przetrwanie lub nie, całego świata (uwierzcie, nie jest łatwo być mną, hehe). Najlepiej, żeby każda decyzja zakupowa była szczerze przemyślana (piękna, pasująca do wszystkich stylizacji, ekologiczna, praktyczna i na lata), a i tak niejednokrotnie towarzyszy jej #ecoshaming … No bo nie uda się nie popełnić żadnego błędu, a nie podejmując żadnej decyzji, tkwi się w miejscu. Jak byłam dzieckiem – szłam za głosem serca i potem nie raz coś okazywało się wtopą (miałam wtedy potworne poczucie winy!). Kiedy więc byłam starsza i miałam już pewien bagaż doświadczeń, bardzo trudno podejmowało mi się decyzje zakupowe. To nie były czasy, że można było towar zwrócić z paragonem, ani nawet wymienić na inny w sklepie. Zła decyzja skutkowała „trupem w szafie”. Do dziś pamiętam żarówiastą bluzeczkę, która była mega w trendzie, ale mimo że ukochana w sklepie, okazała się niewypałem w codziennych stylizacjach… Miałam więc w szafie w miarę lubiane ciuchy z lumpeksu, w których chętnie chodziłam i… tę żarówę – nową ze sklepu, za spore pieniądze, w której źle się czułam. Czasem ją ubierałam – przez wyrzuty sumienia, ale naprawdę niefajne jest to uczucie. Teraz, pracując z klientkami wiem już jak to działa – takie ubrania wywołują w nas przekonanie, że nie potrafimy podejmować dobrych decyzji zakupowych i niestety skutkuje to kolejnymi źle wydanymi pieniędzmi. Pełne obaw i lęku, decydujemy się na coś, co wydaje nam się ok lub ktoś nam powiedział, że dobrze w tym wyglądamy (w sytuacji kiedy wcale tak nie jest, a zamiast wsłuchać się w głos intuicji i własnych preferencji, ufamy bardziej reklamom lub opinii postronnych osób!).

Jak to było ze mną?

Utrzymajmy już tę żarówiastą bluzkę za przykład – sparzyłam się tą żarówą, nie ma co! Oczywiście po drodze były też nietrafione spodnie ogrodniczki (również ze sklepu) i zapewne coś jeszcze. To beznadziejne uczucie zawodu, że nawet o ten swój kawałek życia dobrze zadbać nie potrafię, wywołało tak silne poczucie winy, że z jednej strony zaczęłam lepiej przemyśliwać zakupy, analizować (z czym i kiedy będę to nosiła), z drugiej zaś miałam jeszcze większy problem z wyrażeniem własnego zdania. No i kiedy było mi tak ciężko w sklepie (nie było wtedy zakupów online!), moja mama była głosem rozsądku. Jak się zbyt długo wahałam, przekonywała do podjęcia decyzji (na tak lub nie, ale zwykle na tak). I teraz, kiedy już jestem dorosła i nadal mam chwile zawahania, głosem odwagi jest mój mąż. Tak to działa… Bo jednak, wyznać to muszę, nadal potrzebuję wsparcia. Ci wszyscy, którzy śledzą moje poczynania na Stories Prostego, wiedzą dobrze jakie to ja miałam ostatnimi czasy zagwozdki z nowymi butami. Noszenie dotychczasowych „przejściówek” – siedemnastoletnich traperów, pogryzionych przez królisia Gustawka [*] i już baaardzo zużytych, wywoływało we mnie coraz częściej poczucie zażenowania. Nadszedł czas, by znaleźć godnych następców – butów na sezon jesienny. Tym razem zaszalałam i poszukałam czegoś nie tylko na spacery z psem, ale również na bardziej oficjalne wyjścia. To nie jest to tamto, drodzy moi. I co mają do tego uchodźcy na granicy, koszmarna sytuacja Izy z Pszczyny czy szalejąca inflacja…? Ja wiem, to są prawdziwe dramaty, ale w mojej głowie te drobne decyzje urastają do kwestii wpływających na zmianę klimatu i być albo nie być całej naszej Planety. Wstydzę się (a może nie?) kiedy to piszę, ale tak jest. I pewnie dopiero teraz złapię odpowiedni dystans i się ogarnę. Oby.

Kolejny przegląd szafy

W zeszłym tygodniu czułam się niefajnie, bo widziałam ile zbędnych ubrań pojawiło się w garderobie przez ostatnie tygodnie i miesiące. Szafa się nie sklejała, a ja – mimo że robiłam już wcześniej podejście – czułam, że to nadal nie jest TO. Więc poprawiłam co jeszcze mi nie pasowało. A dzisiaj to już w ogóle stanęłam przed szafą i stwierdziłam, że nie będę tu oszukiwać. Instruuję jak się wsłuchiwać w głos intuicji, a sama markuję, bo zostawiam w szafie fajne ciuchy, w których wcale nie chodzę, ubrania na wieczne nigdy… No nie, to bez sensu. W ten sposób zamazuje się obraz zawartości szafy: wydaje się, że jest tego wszystkiego tak dużo, a jak przychodzi co do czego, i tak sięgam po sprawdzone zestawy lub po prostu dżinsy. W tym czuję się najlepiej i to w pełni wyraża to, kim jestem (komunikuje światu moją osobowość i styl życia oraz to, jakie mam podejście do stylu). Ja lubię prostotę i chociaż chcę się ubierać nietuzinkowo, nadal chcę mieć pewność, że czegokolwiek nie wyjmę z szafy, będzie to pasowało do reszty. Nie chcę tracić energii na codzienne przebieranie, zestawianie i próbowanie (bo nadal może okazać się, że po wyjściu z domu będę się czuła nie ubrana, a przebrana!). Tak więc dzisiaj stanęłam w prawdzie. Podziękowałam temu, co trafiło do szafy przypadkiem (lumpeksowe nieudane zakupy to zawsze mniejsze poczucie ekonomicznej i ekologicznej wtopy, uf…) i poczułam się lżejsza i spokojniejsza. A przewrotnie wyznam, że to moje kiepskie szafowe samopoczucie w tym tygodniu wywołały… zakupy! Bo buty bardzo mi się spodobały, ale uświadomiły mi jak niepasującą do aktualnego życia mam tę garderobę. I to jeszcze nie koniec. Na ten moment zawiesiłam „czystki”, bo inaczej zmuszona bym była do kolejnych zakupów. Na razie poszukam zamienników dla kurtki i sukienek, a kiedy spełnią wszystkie kryteria – wskoczą do mojej, skrojonej na miarę właścicielki ;), garderoby. Dotarcie do źródła przyczyny szafowego chaosu nie było łatwe, ale zmierzenie się z tym i z faktem jak siebie postrzegam (i – tym samym – komunikuję się ze światem), przyniosło ogromny zastrzyk poczucia sprawstwa i wartości. Tak, jestem tego warta! …czy jak to tam było :).

Plan działania dla przemyślanych zakupów:

  1. Zadaję sobie pytanie – czy aby na pewno tego potrzebuję? (czy nie mam czegoś podobnego lub rzeczy, która będzie mogła pełnić funkcję tego, co chcę kupić?)
  2. Przeszukuję ulubione (najchętniej ekologiczne i lokalne) marki, w poszukiwaniu ubrania (może być Vinted czy OLX, ale przyznam szczerze, że u mnie ten sposób zakupów się nie sprawdził)
  3. (jeśli mam czas) Oznaczam do obserwowanych i kupuję kiedy dana rzecz wejdzie w cenę promocyjną
  4. Sprawdzam pierwsze wrażenie i czy na pewno mi się podoba
  5. Przymierzam czy na pewno ubranie jest wygodne i dobrze się w nim czuję
  6. Mierzę daną rzecz z różnymi elementami garderoby, sprawdzam czy mam do niej pasujące dodatki.

Jeśli wybrana rzecz przejdzie test – zostawiam. Jeśli nie – odsyłam. Te metody maksymalizują szansę udanych zakupów, ale jej nie gwarantują. Nadal okazać się może, że coś mylnie oszacowałam. Wtedy polecam wyciągnięcie wniosków i… odpuszczenie, bo jesteśmy tylko ludźmi i nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi ;).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *