Dotychczas pojmowałam prostsze życie jako otaczanie się dobrymi ludźmi, spędzanie czasu bez napinania się i udawania kogoś kim nie jestem. Bez presji dotyczącej wyglądu, statusu społecznego i majątkowego. Bardziej jako Slow Life, wykonywanie codziennych obowiązków (ale nie tylko) z większą uważnością, by nie zatracić radości z rzeczy małych. Zabawa na spacerze z psem, miły gest ku starszej osobie napotkanej na chodniku, wybranie dłuższej drogi powrotnej tylko po to, by popatrzeć na dawno niewidziane ulice ukochanego miasta…

Minimalizm

Co więcej, w duchu minimalizmu, ograniczyłam rzeczy jedynie do tych użytecznych (czyt. używanych) i estetycznych. Wydawało mi się, że dzierżenie w dłoni ładnej łyżki nadaje gotowaniu „smaku”. Życie to zweryfikowało – moja przyjaciółka celiakia uświadomiła mi, że przedmioty mają być przede wszystkim łatwe do doczyszczenia i użyteczne. Jak przy okazji są ładne, to dobrze, jak nie, to sama upiększam je w mojej głowie w przyjemne uczucia. Bo darzę je wdzięcznością za to, że mogę z nich korzystać. Nawet jeśli niedoskonałe (by się wydawać mogło), w moich oczach są piękne, bo mi służą. I tak, nie tyle estetyka co służebność rzeczy, nadała im wartości. Taki minimalizm po mojemu. Skupienie się na tym co dobre, docenienie tego i powstrzymywanie się przed nabywaniem kolejnych, zbędnych dóbr.

Natura

W ostatnim czasie mieliśmy możliwość korzystania z domu znajomej. Okazało się, że funkcjonowanie w kuchni bez zmywarki, w dość zgrzebnych warunkach, wcale nie sprawia mi dyskomfortu, a wręcz odnajduję w nim pewną satysfakcję i radość. Bo tak niewiele mi do szczęścia potrzeba. Bo wokół natura i TO JEST NAJPIĘKNIEJSZE! Cisza, spokój, radość z bliskiego kontaktu z przyrodą… Tak, to tutaj odnalazłam szczęście. Ale jeszcze rok temu, kiedy spędzaliśmy w ten sposób wakacje, pamiętam, jak uciążliwe wydawało się zmywanie naczyń, a tęsknota za moją piękną i schludną kuchnią ciągnęła mnie z powrotem do miasta. Może więc zmiana zaszła we mnie? Skupienie się na dobrych rzeczach, miast doszukiwania się dziury w całym. Pokochanie świata i siebie takimi jakie są. Pełna akceptacjamiłość. Czuję ją do siebie samej jak nigdy wcześniej.

Wdzięczność

Decyzja o budowaniu domku pod lasem, nastawienie na życie bardziej zgodne z rytmem przyrody i mniejsza uwaga na dobrach doczesnych spowodowały, że w końcu prawdziwie doceniam to co w życiu istotne. Spokój i natura, brak pośpiechu i czyste powietrze. Harmonia. Udany związek. Czuję ogromną wdzięczność za możliwość docierania się przy budowie domku, w pracy na świeżym powietrzu, we wspólnym i produktywnym spędzaniu czasu. Za pomoc rodziców. Za to, że las daje nam cień i schronienie. Za sowę za płotem. I za tatę, który ją dojrzał ;).

Kania, potocznie mówiąc: sowa 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *