Pomysł na zminimalizowanie rzeczy w domu wziął się z chęci tracenia jak najmniej czasu na ogarnianie… i sprzątanie. Naprawdę nie przepadam za czyszczeniem wszystkiego (ale czysto to ja już mieć lubię!). Wielce ułatwia porządek pochowanie większości rzeczy w szafkach (nawet płynu do naczyń i gąbki oraz dzbanka z filtrem czy papierowego ręcznika). Staram się, żeby na wierzchu było jak najmniej. Serio.

Nie wiem czy jest się czym chwalić, ale ja do takiego efektu dochodziłam latami (dosłownie!), bo testowałam na sobie gdzie leży granica. Były okresy, że chowałam w szafkach więcej, z czasem pojawiały się jednak te przedmioty, które wcześniej skryłam, na wierzchu (jakby same nóżek dostawały)… Ciekawe. Fakt taki miał miejsce dlatego, że mój małż lubi mieć wszystko „pod ręką”, a poza tym kiedy działasz w kuchni, to i tak musisz wszystko powyciągać, więc jak było więcej ludzi w domu, kiedy więcej pichcenia, jakoś tak… zagęszczało się w terenie ;). Ale doszłam do tego z czasem, gdzie ma co być pochowane, żeby było pod ręką (łatwe do wyjęcia, ale też do schowania). W ten sposób intuicyjnie sięgasz po przyprawy w czasie gotowania, i po ścierkę w czasie wycierania ociekacza (który pełni również funkcję stojaka na niewymiarowe naczynia).

No i najważniejsze, bez czego by się w ogóle nie udało – ZMINIMALIZOWANIE RZECZY! Bo najpierw trzeba ograniczyć, potem znaleźć temu odpowiednie miejsce i wtedy już porządek zachowuje się jakby sam. Oczywiście bez Twojego zaangażowania się nie uda, ale kiedy masz już porządeczek, widzisz, że się on sprawdza i jak lekko się przy tym żyje, to już wtedy łatwiej się zmobilizować, żeby np. zaraz po opróżnieniu woreczka na żywność, osuszyć go ściereczką, odwiesić i po paru godzinach schować do szuflady (wcześniej te woreczki straszyły teren blatu, bo suszyły się na czym popadnie: dozowniku do płynu, spryskiwaczu do kwiatów i wszystkim innym dzięki czemu woda miała się sama ulotnić… trwało to dwa, trzy dni aż do momentu jak woreczków nie zastępowały… kolejne, bo w naszym domu mrozi się pieczywo – efekt końcowy: dramat!). W ten sposób masz estetycznie, bez kurzu i walających się pod ręką przedmiotów. W razie potrzeby sięgasz po ściereczkę i cyk myk wycierasz powierzchnie, żeby było cacy. Serio trwa to ułamek minuty, a wiedząc, że wszystkie rzeczy mają swoje miejsce, odruchowo odkładasz je tam gdzie trzeba. Niczego nie szukasz. Nic się nie wala po blacie i nic nie przestawiasz z kąta w kąt, trudząc się by znaleźć temu miejsce (dopóki się nie potłucze… czyż nie?).

Sam Thermomix również stał początkowo nad piekarnikiem, ale w czasie gotowania biegałam od lodówki do zlewu, od cargo z przyprawami do płyty grzewczej i z powrotem. Totalnie się to u nas nie sprawdziło (mimo że konsultantka radziła postawić sprzęt bezpośrednio pod okapem). Ostatecznie „skroiłam” układ kuchni pod swoje wymagania i sprawdza się on doskonale. W czasie gotowania mam pod ręką elementy Thermomixa wraz z łopatkami w szufladzie. Naprawdę, aktualnie pichcenie to czysta przyjemność! I dodam jeszcze, że wbrew sugestii Marie Kondo, łyżki i łyżeczki trzymam w dwóch szufladach w kuchni (ona sugeruje, żeby jedną kategorię produktów trzymać razem), ale mnie wygodniej jest tak jak to praktykuję u siebie. Sprawdzaj, testuj i poczuj co i jak się u Ciebie sprawdza. To w końcu Twój dom i Twoja przestrzeń.

Wydaje mi się, że to jest ta cała tajemnica jednorazowego ogarnięcia dla efektu wiecznego porządku. Kiedy rzeczy znajdą swoje miejsce (każda z nich na dobre rozgości się w Twoim domu i poczuje „u siebie”), sama będziesz starała się utrzymać mieszkanie w ładzie. Bo tak jest po prostu prościej. I wygodniej. Polecam. Mini Ania 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *