Życie w prostocie wydaje się wielu mało atrakcyjne, przywołuje wspomnienia „Domku na prerii”, albo nawet slajdy z życia Tarzana (film z czasów mojego dzieciństwa, ale może skojarzysz). No tak, bo skoro skupiam się na tym, co już mam i powstrzymuję od zbędnych zakupów, to już muszę przywdziać strój amiszki i najlepiej odciąć od świata zewnętrznego!

Ja jako ascetka

I wiecie co, trochę tak to postrzegałam! No, bez ekstremalnych posunięć, ale trochę wycofałam się z życia społecznego, odmawiałam drobnych przyjemności na mieście, a już na pewno tych zakupowych. W imię minimalizmu i tego, że przecież ja takich błahostek nie potrzebuję do funkcjonowania. Ja widzę więcej, głębiej. A te miastowe przyjemnostki to takie płytkie i zbędne. Dochodzę jednak do takiego momentu w życiu, że zaczynam rozumieć… Doceniać życie z jego wszystkimi urokami: porannymi promykami słońca na twarzy oraz stopami w sandałach, brudnych i lepkich, po powrocie z lasu. I tak jak nie zawsze wyglądam pięknie, to jednak kiedy mam na to ochotę – serwuję sobie brokatowy cień do powiek i ruszam w miasto. Spotykam ze znajomymi (co jest dla mnie jak się okazało potrzebą pierwszego rzędu), aby potem zapragnąć spokoju w bloku bombardowanym przez rozmaite hałasy. Tak dla równowagi i pokory. Aby docenić jedno i drugie. I żeby mieć do czego tęsknić. Bo można żyć w mieście, pracować i korzystać z przyjemności, nadal szanując dobro natury. Nadal kierując się ideą ograniczania pewnych zbytków, po to, aby stworzyć przestrzeń na więcej w pozostałych aspektach życia.

Natura zasila mnie najbardziej. To dzięki niej mam chęć na spotkania z ludźmi.

Odpocznij 🙂

Otwieram się. Powoli, niespiesznie… Kilka miesięcy temu doceniłam możliwość odpoczynku przez całą sobotę w łóżku. W pięknej piżamie. W swoim domu. Wśród cudnych dźwięków muzyki. Tak prosto i tak stymulująco. Coś tak banalnego było w stanie postawić mnie na nogi jeszcze tego samego wieczoru i to było dla mnie niesamowite. Wcześniej cisnęłabym na siłę, sprzątała i wyciskała z siebie poprzez pot, złość i frustrację. Smutek nakręciłby się na niefajny poziom, nerwy puściły, a potem poczucie winy skierowałabym na autoagresję (w postaci pogorszenia nastroju i pewnie rozkręcenie choroby autoimmunologicznej). Tak to działało. Tak to działa. Ale nie tym razem. Na szczęście. I to przy wsparciu małża. Do takich prostych rozwiązań kieruje mnie mój terapeuta, a powoli uczę się podobnie czytać siebie ja sama. To takie nieskomplikowane i oczywiste, ale ja przez większość życia inaczej patrzyłam na świat. Niepotrzebnie utrudniałam, szłam przez życie jak komandos rzucający się co chwila i wypatrujący nadchodzących bombardowań. Ale powoli…

Na budowie mogę się przynajmniej wyżyć ;).

Spraw sobie przyjemność!

Dbając o siebie, fundując sobie brokatowy (i trochę wymarzony) cień do powiek oraz pozwalając sobie na przeżywanie i uczestniczenie w rozrywkach (które akurat dla Twojego partnera wcale atrakcyjne nie są), też jest w porządku. Wsłuchiwanie się w siebie, patrzenie NAJPIERW na siebie, też jest właściwe. Myślenie o sobie z troską. Dbanie o siebie. To wszystko jest dobre. Najlepsze. I kup sobie od czasu do czasu coś fajnego bez poczucia winy. Ja w głowie miałam od razu krytyka, a w sercu poczucie winy. Myślałam o tych biednych dzieciach, które są zaprzęgnięte do pracy, o eksploatowanej naturze, o ludziach bez praw, którzy zmuszani są do wyrabiania przedmiotów, które potem mają przynieść mi radość. Wszystko okupione cierpieniem… Ale to do niczego nie prowadzi. Powstrzymując siebie od korzystania z życia, nie sprawiasz, że wszystkim pokrzywdzonym poprawia się byt. Nie pomagam nikomu, kajając się w domu w poczuciu, że przecież to przypadek, że udało mi się urodzić po lepszej stronie słońca. Że tamci mają gorzej, więc i ja nie powinnam mieć lepiej. Że to niesprawiedliwe. Że nie zasługuję…

Zastanów się nad swoimi wyborami

Możesz przecież pozwolić sobie na przyjemność bez konieczności jedzenia mięsa czy kupowania ubrań w sieciówkach. Wybieraj firmy lokalne i działające w duchu eko, a jeśli nie czujesz się na ten moment gotowa, to chociaż ogranicz częstotliwość zakupów. Każda tego rodzaju zmiana jest dobra. Najlepsza! Kiedy czujesz, że pochłania Ciebie beznadzieja, chwyć się prostych rozwiązań: małej podróży, dobrego jedzenia, spotkania ze znajomymi. Ale powiem Tobie, że ja ostatnio kupiłam sobie coś nowego i to też jest w porządku! Wcale nie oznacza, że od teraz jestem materialistką i że żyję w mniejszej prostocie. Mój minimalizm opiera się na ograniczaniu tego co zbędne, więc jeśli coś poprawia jakość mojego życia, już takim nie jest. Jest to potrzebne, na równi z kwiatami w moim domu, poranną kawą czy prysznicem.

#jesteśwystarczająca

Pewnie, że najzdrowiej będzie karmić się organicznym jedzeniem i dobrymi emocjami. Bez cukru, glutaminianu sodu i nienawiści. Śpiąc 8 godzin na dobę, otaczając jedynie inspirującymi ludźmi. Ale i tak nie uda się ominąć pułapek. Firmy, które wiedzą, że świadomość klientów rośnie, specjalnie przygotowują kampanie mające Ciebie przekonać, że to ich produkt jest Fair Trade, Bio i wspierający kampanie społeczne. Część z nich jedynie czyha na Twoje pieniądze, a ich działania dalekie są od tych w reklamach. Dlatego ważne jest, żebyś się nie pogubiła. Szła za głosem serca i wspierała siebie. Obecne czasy i tak nie szczędzą ludzkich istnień (o innych nawet nie wspomnę), a media próbują wmówić jedyny słuszny model piękna. Nie ciśnij na bycie perfekcyjną, bez jednej w życiu skuchy. Nie da się. Wrzuć trochę na luz, świat się od tego nie zawali. Jesteś wystarczająca, a ideały nie istnieją.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *